I just love the feeling spring provides me with. Like, I'm changing so much, have power to work, meet new people, open my mind to new opportunities and, lol, be willing to dress up in something else than my dinosaur onesie. By the way, how's my new hair? I've never done anything so drastic to it in my whole life. The moment I saw 30 cm of my *dramatasing here* life falling down I was like hell yeah. It's fresh. Fresh's good.
Woah. It really feels like I grew to rather write my thoughts in my calendar or discuss them over a pint of cider with my friends than share them here. Seems weird. Kinda mature as well, I must say. So where do I begin with? Oh, let's try it that way: I bought this jumper in the Design Museum in Copenhagen las month, on Valentine's Day (gotta get myself a treat, apparently I am the person I love the most rn) (just kidding, I'm just trying to be funny) simply because I'm not superficial at all and I love when my clothes say something tricky and totally weird so I figured out I need another Local Heroes statement piece in my wardrobe. Especially when it's on a sale and the discount code is 'SELFLOVE'. Another thing is, we were shooting with Jacek, the day after we partied together, seeing each other for the second time in our lives. He came to Warsaw especially for the shoot and I was the one to come up with the idea of taking the pictures in the Neon Museum. If you know me or follow my social media you must be aware of my love for the neons (dear future husband, our living room will be another Neon Museum, so be prepared) so I was like yeah whoop neons neons neons *snaps 1384891 pics*.
What I also learnt recently is that you never know when you'll meet people full with passion and willingness to create something, or help you in some fields. So never say no to a party, open up to the others. As hard as it may seem, it helps. I know, I love the people I'm surrounded with already and I don't need any more c l o s e friends. I guess it's called a comfort zone. But from time to time (after too many shots, usually) I bump into someone and then I get to gain some opportunities or simply a nice person to talk to sometimes. And here we are, went to the party one night accidentally and finished with a photoshoot I'm really satisfied with. How superficial of me!
wearing: Local Heroes jumper & socks, Zara shoes & pants ph. Agnieszka
Zaczynałam pisać ten post w Kopenhadze, w Warszawie, a finalnie zabrałam się do niego w moim rodzinnym domu, najwygodniejszym łóżku świata i wypranej przez mamę pościeli (shoutout dla wszystkich mam piorących pościel regularnie - ja normalnie nie mam na to ani czasu, ani chęci). Zdjęcia robiłyśmy z Agą już dawno temu, kiedy nadal trwał szał wyprzedaży, a do półrocznych egzaminów było daleko. Mimo wszystko, zarówno kurtkę, jak i spodnie (o golfie nie wspominam, bo to akurat stary łup z second-handu) nadal noszę na okrągło. Chociaż bardzo lansowane obecnie jeansy 7/8 ciężko jest nosić zimą (ah te zmarznięte kostki), najłatwiej po prostu założyć pod nie rajstopy (w moim przypadku kabaretki), to pomimo mrozów sięgam po nie nawet częściej niż po spódnice. Zresztą, kogo ja oszukuję, ja nigdy nie ubierałam się szczególnie ciepło zimą. I tak przy okazji, wiem, że mało tu publikuję, ale obecnie częściej znajdziecie mnie na YouTube, więc zapraszam tam :)
Na co dzień śledzę bardzo dużo osób online. Uwielbiam Instagram i jego lepszą wersję codzienności, szczerość YouTube i estetykę Tumblr'a, ale czasami zastanawiam się ile historii musi stać za publikowanymi treściami. Nie wiem jak u innych (a przynajmniej nie u wszystkich), ale u mnie 3/4 blogowych sesji łączy się z wydarzeniami pieszczotliwie mianowanymi przeze mnie Kardise i jej faile (oh, powinnam kiedyś zrobić o tym film. Wyszedłby pełnometrażowy) i dlatego też wielokrotnie mam do zdjęć po prostu duży sentyment (co może tłumaczyć fakt dlaczego ściany w obu moich pokojach (w domu rodzinnym i tym w Warszawie) obklejone są fotografiami). Wracając jednak do punktu wyjścia - te zdjęcia robiłyśmy jakiś czas temu (o, zmoro postprodukcji!) z Agą i jako że ja za tło wymyśliłam sobie wnętrze jakiejś kamienicy, a Aga jakąś kamienicę znała, połączenie tych dwóch funktorów dało (wybaczcie, za dużo nauki logiki w ostatnim czasie), łatwy do przewidzenia przy naszym duecie wniosek, że stary kod, kiedyś obowiązujący do wejścia na klatkę, już nie obowiązywał. Stałyśmy więc dwie, nieco zmarznięte, zdecydowanie głodne i spragnione zrobienia tej drugiej tego dnia sesji i skonsumowania ustalonego wcześniej falafelu i wpisywałyśmy zapamiętaną sprzed lat przez Agę sekwencję cyfr. To znaczy ona wpisywała, a ja próbowałam nie zapomnieć, pod którymi numerkami mieszkań już próbowałyśmy. W końcu już zdesperowane, spróbowałyśmy zadzwonić (już bez kaleczenia nieistniejącego najwidoczniej kodu) pod losowy numer i poczęstowane uroczym przekleństwem mającym nas odrzucić od ponownego dzwonienia, jakąś liczbę wybrałam ja. I oto, drzwi się otworzyły, sesję zrobiłyśmy w miarę szybko, nawet zdołałam się przebrać na korytarzu (przynajmniej było ciepło) i całkiem reprezentatywnie powyginać przy balustradzie. Mam nadzieję, że się Wam spodoba :)
Karolina Tworkowska - 20 year old weirdo, currently based in London, who cries while watching fashion shows and old romantic movies. Addicted to peanut butter and Spotify. Relishes writing (no matter if it's a quick note in a calendar or a long-winded story), rambling on the YouTube videos and going to University (yep, I am boring).