1/31/2015

Green sequins

I'm actually amused by my own self. Over the years of blogging, collaborating with photographers and failing, I've developped an ability of laughing at everything that happens. Actually, I recenly found out that more of what I planned doesn't come to live than finally does, but the thing is - I'm happy. I feel like I'm in this special stage of life that I can do what I want and explore what I want and plan my whole future life. Don't get me wrong, I'm not perfect. But since I'm doing KARDISE and spending my days so actively, nothing can distract me.

Let just look at the today's post. The dress? Well, I've been haunting for it for about a year. I mean, not this specific one but still, I wanted the party piece made of green sequins. I went berserk when I couldn't find it in a shop after I saw it online. And then there was no size. Or I had no money. Endless tredmill of repetition, that's what it's called I guess. 
The pictures? I did a photoshooting wearing this dress TWICE. Ekhm, I wasn't fully satisfied with the effects of the first shoot (that's what sometimes happens when you have a thought or a vision in your head and you simply cannot achieve it phisically) and the second shoot was quite OK, but... I deleted the half of the pictures icidentally. So you can see only a little bit of what my brother and I created when we visited out granma's place last week. You see? I delete things and forget and people cancel the meetings and... what? Life goes on, folks!

I've never been a huge fan of dark pictures but somehow when I sat down to edit those I realised I love them this way (actually these were the first ones we took with too dark camera's settings). Sequins are seriously something I love and would wear everyday if only I could (I mean, my teachers would rather I didn't hehe). I went for a contrast in this outfit - I matched the dress with white sneakers and white socks, which gave the whole look a bit of 90's vibe (I'm currently obsessed with Spice Girls aesthetics!)

Właściwie to śmieszę sama siebie. Przez lata blogowania, współprac, tych udanych i tych mniej, sesji zdjęciowych w warunkach... co najmniej ekstramalnych jakoś już przywykłam do małych porażek. Najbardziej zadziwia mnie fakt, że praktycznie w ogóle nie przywiązuję do nich uwagi. Żyję sobie z uśmiechem na twarzy, codziennie biorę kalendarz i planuję, żeby w przeciągu czasami pięciu minut uświadomić sobie, że te przedsięwzięcia są awykonalne. So what

Spójrzmy chociażby na dzisiejszy post. Robiłam do niego zdjęcia dwa razy. Za pierwszym razem efekty mnie do końca nie zadowoliły. Za drugim spodobały mi się bardzo, ale tak usatysfakcjonowana kilkoma barwnymi pikselami na ekranie aparatu, nie zauważyłam, że usunęłam połowę bez zgrania. Sukienka? Chodziłam za nią ponad rok. Nie, oczywiście że nie DOSŁOWNIE za tą, ale w związku z niewytłumaczalną jak dla mnie, społeczną "chcicą" (takie słowo istnieje?) na zielone cekiny spotykałam ją na każdym kroku. Raz nie było rozmiaru, raz miałam w portfelu tylko drobne na kawę, kiedy indziej nie miałam nawet chwili żeby się po nią wybrać. I tak egzystowałyśmy sobie w burzliwym związku na odległość. W końcu wpadła mi w ręce i pięknie zawisła w szafie. Na honorowym miejscu, żeby nie było. Teraz czeka na odpowiednią imprezę. 

Nigdy nie lubiłam ciemnych zdjęć, z uporem maniaka przesuwałam w prawo wskaźnik "jasność" w edytorze fotografii i używałam najjaśniejszych filtrów do przeróbek na Instagramie. Ale tym razem mgła, cekiny i scenografia wydały mi się idealne do ustawienia aparatu na jak najniższe ISO. Biegałam więc w lekkiej mżawce w białych sneakersach (tak, wiem, powinnam pisać po polsku, ale na prawdę - adidasach? przecież nie są z firmy Adidas. Trampkach? Nie są z materiału! To ja już wolę sneakersy. Nie mylić z batonami!). Fascynacja latami 90', Spice Girls i białymi skarpetkami trwa.





(wearing: Mohito dress, Pimkie shoes)

1/24/2015

Everything's exciting

Odnotowałam dzisiaj w swoim życiu dwie zmiany - zdjęłam wiszący w tym samym miejscu od pięciu lat plakat piłkarzy FC Barcelony (ktoś tu uwierzy, że przed oglądaniem pokazów mody nie omijałam ani jednego ich meczu, a po nocach marzyłam o skok prosto na biegnącego Messiego na Camp Nou?) i przyjęłam rodzonego brata do znajomych na Facebook'u (z uwagi na to, że musiał mi wysłać zdjęcie koszulki, którą kazałam mu kupić. Ah ta braterska miłość!). Tak, wiem, to zdecydowanie A Day To Remember. Nowy Rok wpływa chyba pozytywnie na mój od zawsze planujący sto wydarzeń na minutę mózg i z ekscytacją, prawie podskakując, spisuję właśnie listę na nadchodzące dwa (WOLNE!) tygodnie. Książki, filmy, przyjaciele bliżsi i dalsi, filmy poważniejsze i te vlogi na YouTube, nauka i sport, a do tego wyjazdy na ostatnią chwilę, to wszystko zaprząta mi głowę do późnych godzin nocnych. A w kwestii ubrań? Stosuję nową zasadę. Daję sobie pełne pole manewru. Nie staram się wmawiać sobie, że coś jest dla mnie za zwyczajne, za proste, za bardzo obcisłe albo na odwrót - idealne (to te z podkategorii "nałożyłam raz, kiedyś tam"). Próbuję nowych rzeczy i... wracam do tych starych, sprawdzonych. Tej zimy jeszcze chyba nie widzieliście tego płaszcza? Noszę go najchętniej z kontrastującymi szalikami i ciemnym, obcisłym dołem, żeby poprawić trochę zdekonstruowaną przez wykonanego ze sztywnej pianki potwora, sylwetkę. Kardise gotowa do odświeżania garderoby!


(wearing: Front Row Shop coat, H&M shoes, sh scarves)

1/19/2015

Coffedise: KAFEJETO

Kontynuuję serię artykułów, która bardzo przypadła Wam do gustu i po odwiedzinach we Flow Food, Take it away oraz KAFFCEbistro zabieram Was do otwartego zaledwie dwa miesiące temu Kafejeto.

Nie byłam tam nigdy wcześniej, więc ciekawiło mnie zarówno miejsca, jak i sama kawa. Szukałyśmy Kafejeto pomagając sobie trochę nawigacją w telefonie i ja, oczywiście bardziej zaaferowana wyskakującymi na ekranie podpowiedziami 'za 50 m skręć w prawo' niż faktycznym patrzeniem pod nogi (a raczej może przed siebie) o mały włos przegapiłabym duży, jasny budynek, którego normalny człowiek nie mógłby nie zauważyć (ja do normalnych bynajmniej nie należę). Wnętrze różniło się od tych typowych, kawiarnianych wszystkim. Duże okna wychodzące na ulicę, wygodne kanapy, przestrzeń (i mówiąc to mam na myśli PRAWDZIWĄ przestrzeń, nie cztery ciasne stoliki jak w większości tego typu miejsc), to wszystko połączone z jasnymi ścianami i dość minimalistycznymi rozwiązaniami zbudowało wrażenie komfortu. Po krótkiej rozmowie z właścicielem poproszono nas o wybór kaw, bo, jak usłyszałam tego wieczoru dobre kilka razy, "możemy mówić i zachwalać nasze umiejętności gastronomiczne, ale to w Pani ocenie leży ostateczny werdykt". No więc werdykt był. I to bardzo pomyślny.

Nie ważne czy rozmawiam z projektantami, modelką, czy właścicielem kawiarni, zawsze najbardziej interesuje mnie indywidualne podejście i osobiste wizje oraz zamierzenia. Pan Arkadiusz, którego miałam przyjemność wypytać o wszelkie aspekty jego pracy, zaimponował mi tym, że... nie próbował nikomu zaimponować. "Stawiamy na jakość". To zdanie słyszymy w dzisiejszych czasach zdecydowanie za często, ale w tym przypadku za krótkim stwierdzeniem stały faktyczne przykłady. "Teraz gdzie nie pójdzie się na kawę, wszędzie pomalowane na biało palety, tanie krzesła z Ikei i kupione za gorsze sprzęty. Widzi Pani, ja nie chciałem kolejnej takiej samej kawiarni. Dużo miejsca, stoliki przy których można poczuć się choć trochę intymnie i miękkie fotele to część mojego zamysłu".

I'm continuing my COFFEDISE series and after visiting Flow Food, Take it away and KAFFKAbistro here comes the time for Kafejeto.

I've never been to this place before and I was beyond excited to try a new spot in my town out. I actually almost omitted it since I was too absorbed looking at my phone's screen to search for some GPS tips on how to get there than to look around. Well, I'm the only one who could miss a place like that - I mean, the building is white and really big. After stepping into the caffe I felt comfortable - spacious, minimalistic interior matched with big, soft sofas and the smell of coffe & cinamonn made me smile. So we were welcomed by Mr. Arek who is the owner of the company and decided to choose some of the flavours because, as he said, what he may talk about is not important - it's the coffe we should be concerned about.


Próbowałam Mocno Miętowej Mocchi, Karmelove i, tradycyjnie, jak wszędzie, pierniczkowego latte. Wypiłam w tym zimowym sezonie chyba za dużo kawy z dodatkiem przyprawy korzennej, bo już nie odczuwam różnicy do tych smakowanych gdzie indziej, ale dwie pozostałe propozycje były świetne, szczególnie dlatego, że szukałam nieco urozmaiconych smaków (oczywiście uświadczycie tam też tradycyjnego espresso, latte z kilkoma syropami do wyboru, czy macchiato). Karmelove smakowało tak jak lubię najbardziej - słodko, mlecznie, a połączenie czekolady z miętą w Macchiato przypadło do gustu mojej koleżance - ja fanką mięty nie jestem. 

Wybór zarówno napojów, jak i jedzenia stale ulega powiększeniu, obecnie są w Kafejeto dostępne też frappe (do wypróbowania jak tylko się ociepli!) i kawy parzone metoda przelewową z Etiopii, Brazylii i Kolumbii. W menu od niedawna znajdują się też gofry, lody, a w przyszłym tygodniu zacznie się na miejscu produkcja świeżych croissantów oraz coś, czego zdecydowanie brakowało mi w Białymstoku, a naczytałam się o tym w przewodnikach po Nowym Jorku - bajgle! (jak tylko ich spróbuję dam znać).

I've tried Intense Mint Moccha, Karmelove and, as usual, picked the Gingerbread Latte (you know how much I love it). Latte was delicious like everywhere - I seriously have drunk too much of it this winter season. The rest tasted as pure heaven, I mean, I was looking for some different flavors to try out (of course you can go for a typical espresso, latte with some syrup or macchiato) and both of them saciated my appetite for novelty - Karmelove was sweet and milky, just as I love, and since I'm not the biggest fan of mint, my best friend judged it as great (I can't tell because I tolerate mint only in toothpaste and tea).

There is the whole gammut of other drinks and foods you can choose from, starting from REAL frappe (I mean, we don't have Starbucks here so it's not that obvious when you order ice coffe and you get normal coffe... with a bit of ice), to coffe from Etiopia, Brasil and Colubia, waffles, cakes and this week they're going to start baking croissants! How awesome? Oh, and I almost forgot to mention - they're going to serve  b a g e l s. I've read so much about them in articles about New York and ate them only once. Now I may become addicted..




Nazwa "Kafejeto" to wspólny pomysł pana Arka i jego żony. Marzyli o kawiarni od dawna i chcieli nazwać ją po prostu "kawiarenka", ale jest to tak popularne określenie, że nie można nadawać go swoim działalnościom (jest zastrzeżone). Któregoś wieczoru oglądali w telewizji dokument na temat języka Esperanto w naszym regionie i postanowili sprawdzić jak brzmi "kawiarenka" w słowniku Ludwika Zamenhofa. I tak powstało "Kafejeto"

Jak tylko odwiedzicie Mazowiecką 48 dajcie mi znać co sądzicie i jak Wam smakowało!


The name "Kafejeto" comes from Esperanto language and originally means 'kawiarenka' in polish which is like simple, common name for 'coffeshop'. 

As soon as you'll have a chance to try Kafejeto out give me a hint if you liked it!

Białystok, Mazowiecka 48