10/23/2014

Strolling in a sweater-looking blanket

Czy istnieje coś przyjemniejszego niż spędzanie wieczorów pod kocem? Nie wiem jak Wy, ale ja wśród swoich najlepszych przyjaciół wymieniam, zaraz obok Butów Ozdobnych (zdobiących półkę, rzecz jasna, nie moje nogi - so tumblr) i gorącej kawy, koc. Mam ich kilka, wszystkie zawsze niezłożone i dopełniające swojego żywotu na podłodze, każdy na inną okazję. Różowy z otworami na ręce świetnie sprawdza się przy odrabianiu prac domowych, dwa pozostałe wygrywają Najprzyjemniejszym Materiałem Świata i ich kolejka zależy od mojego nastroju (a jako nastrój nie rozumiem smutku i radości, raczej nastrój szarego koca i nastrój koca w żyrafy. No cóż, tylko dziwacy są coś warci). I chociaż zdarzyło mi się zawitać do spożywczaka w piżamie, a także robić wiele innych niemieszących się w żadnych ramach godnego społecznie postępowania, noszenie koca do szkoły sobie darowałam. Znalazłam całkiem kształtną alternatywę - sweter ze zdjęć. Kiedy tylko trafiłam na niego w second-handzie mój pisk wydobył się niekontrolowanie z nadmiernie napiętych w uśmiechu ust i pobiegłam do przymierzalni. Był idealnie gruby, ciepły, wielki i miękki. A metka z asosa tylko spotęgowała podekscytowanie - biorę! I tak jak w tytule posta - mogłabym nie nosić nic innego przez całe najbliższe pół roku. Tutaj wielkie swetrzysko zastąpiło mi sukienkę, przetestowany  był już też w roli niechlujnie przewiązanego w pasie Bliżej-Nieokreślonego-Fashion-Czegoś (nazwijmy to grunge'owym akcentem w talii), nakrycia głowy (bo kto normalny pofatyguje się, żeby rano wziąć z domu parasol), a sądząc po wielofunkcyjności sprawdziłby się i w roli spodni. Chciałoby się rzec, sweter-instrument. Ale grać raczej na nim nie będę, bez przesady. Wystarczy mi do szczęścia jako koc.

Is there anything more pleasant than spending evenings under the blanket? Seriously, among my best loved things, just near my Representative Shoes (being represented on the shelve, just to embelish my room, not my legs  o f   c o u r s e - oh so tumblr) and hot coffe there are blankets. I've got a few of them and, be it weird or insane, I use them in turns - the pink one with those special holes for the hands - when I'm doing my homework or writing, the other two depending on the mood (I'm not sad or happy - I'm in a grey blanket mood and giraffe blanket mood, just sayin'). They're always laying on the floor in disorder, making me feel more cosy whenever I pop into my room after a busy day in the town. Although it happens from time to time that I go to the local supermarket wearing pyjamas, I thought it would be too much to carry a blanket with me to school. Instead, I found this super cosy autumn sweater in the thrift shop and loved it so much I couldn't stop smiling and giggling and crying with happiness all afternoon. I actually used it already as a dress (on the pictures) but also as an umbrella, something tied in my waist (call it a grungy-vibe-attachement) and I'm quite sure I could also wear it as pants. Well, I may try one day. But for now I'm going to enjoy my cosy dates with the best Sweater ever.



(ph. Anna Dalidutko, wearing: Mohito hat, Zara shoes, sh sweater)

10/19/2014

Harper's Bazaar collections

Nigdy nie zapomnę tych podstawówkowych momentów,  kiedy czekając na jakieś zajęcia siadałam na podłodze w Empiku i, wcale niedyskretnie, czytałam Vogue. Może i rozumiałam z tego niewiele, może byłam dzieckiem zagubionym w wielkim świecie wyobraźni i od tego czasu przybyło mi nieco wiedzy i obycia, ale i tak gazety modowe zawsze mnie przyciągają i ciekawią.

Vogue'a nie kupuję ze względu na polski przelicznik cenowy. Uwielbiam natomiast gromadzić wydania z różnych krajów jako pamiątki - znajomi zamiast pocztówek przywożą mi czasopisma,  a ja z wielkim namaszczeniem przystępuję do lektury. Owszem, obecnie gazety te składają się z niezbyt ambitbych tekstów i głównie obrazków (aczkolwiek Harper's Bazaar zawsze zachwyca mnie konkretnymi artykułami odnoszącymi się nie tylko do mody samej w sobie, ale także do artyzmu rozumianego jako obrazy, filmy, muzyka, ciekawi twórcy). Jest jednak jedna seria Vogue'a którą warto byłoby mieć co pół roku. Vogue Collections to synteza każdego sezonu, gruba księga (o stosownie wysokiej liczbie dolarów, które musimy zapłacić by mieć go na półce) zawierająca sylwetki ze wszystkich pokazów na nadchodzący sezon. Jest to o tyle świetne,  że w jednym miejscu czytelnik widzi wszystko co lansowane i noszone będzie przez najbliższe pół roku. Jakkolwiek bardzo podoba mi się ten zamysł,  150 zł za gazetę zawsze skutecznie zachęcało mnie do samodzielnego przeglądania pokazów w sieci. Aż nasze rodzime HB wyszło z inicjatywą,  której na polskim rynku brakowało.

Harper's Bazaar to najczęściej polecany przeze mnie polski magazyn (zawsze tak Wam odpisuję na wiadomości,  aczkolwiek jeśli chodzi o sesje zdjęciowe to ELLE przoduje), także dlatego, że bardzo interesują mnie też tematy około-modowi-artystyczne a jak pisałam wyżej,  tam je zawsze znajdziemy. Kiedy zobaczyłam zapowiedź Harper's Bazaar Collections wiedziałam,  że będę zadowolona. Cena w porównaniu do zagranicznego Vogue to jak kopertówka z H&M i Chanelka - kilka razy mniejsza. A zawartość,  chociaż nie tak efektowna jak w przypadku Vogue (ważącego tyle ile spora cegła,  albo i dwie) jest dokładnie wyselekcjonowana. Nie są to jedynie zdjęcia z pokazów,  z których przeciętny czytelnik niewiele wywnioskuje, a zebrane ważniejsze nowości,  zestawione trendy, wydarzenia którymi żył modowy świat podczas Fashion Weeków, modelki, które szły w największej ilości pokazów, najlepsze makijaże, fryzury, premiery perfum, wywiady z fotografami, ludźmi bezpośrednio uczestniczącymi w FW, wreszcie najważniejsze - sylwetki z wybiegów z każdej z czterech stolic mody, a na koniec ujęcia streetstyle. Słowem, wszystko co najważniejsze przez najbliższy czas. Jeśli nie chcecie co miesiąc kupować czasopism, a ciekawią Was nowinki i trendy - to świetnie zsyntezowana i dobrze podana wiedza dla Was! :)

10/17/2014

Gold leaves

Try as I might, I tend to be dying of excitement about the autumn these days. I know, I know I shouldn't be rambling about the weather here but this is quite strange of me. You all may have read before how much I do hate the end of summer. I just feel like watching movies and lounging in my bed all day long when I have the school and many other commitments on the horizon. But this year I got super duper elated in the moment I saw the leaves turning orange. Say hi to the long evenings in my cosy bedroom, spent in the lit candles companion!

I felt like the pictures with those beautiful leaves sure be somehow connected with each other. That's why I decided to go for a total golden look with my favourite boots of the season - brown Zara high-heels. And since I'm hopeless at doing hair for myself (I can seriously do every hair-do for others but not myself) I asked my friend to prepare this baroque-inspired braid on my head. Do you like it? ;)


(ph. Kasia R., wearing: sh top, Zara shoes, DIY skirt)

10/12/2014

COFFEDISE - Take it Away

Kolejny artykuł z serii COFFEDISE (dla niewtajemniczonych - odwiedzam w nim różne miejsca serwujące kawę, przylepiam dłonie do przyjemnie gorących kubków, wącham najpiękniejszy aromat świata, a przy okazji zmuszam swoje szare komórki, do zapamiętania czegoś sensownego. Tak żebym miała o czym Wam opowiedzieć). Tym razem przedstawiam (werble!) Take it away.

Mały, skromnie urządzony lokal mieści się w centrum Białegostoku, więc jeszcze przed otwarciem przechodząc tamtędy codziennie zauważyłam zachęcający, kolorowy napis na szybie i z zaciekawieniem czekałam otwarcia. Sama idea jest tak prosta jak nazwa - śpiesząc się do pracy, szkoły, na uczelnię czy spotkanie, przechodzeń zamawia kawę na wynos i bez zbędnego marnotrawstwa czasu może udać się do swoich obowiązków. W ofercie znajdziemy też herbaty, wyciskane soki, gorącą czekoladę, ale też sałatki, ciabatty i kolorowe muffiny. Ja jestem fanką słodkiej, słabej kawy z dużą ilością mleka więc zazwyczaj wybieram tam latte z syropem ciasteczkowym (smakuje jak pierniczkowe latte ze Starbucksa!), a jesienną ciekawą alternatywą jest także syrop dyniowy.


Podobała mi się kameralność Take it away. Zamawiając zawsze mam bezpośredni kontakt z przyjemną obsługą. Po krótkiej rozmowie z właścicielem potwierdziły się moje przypuszczenia - kawiarnia powstała z pasji. Po pobycie w Londynie, założyciel tęskniąc za ulubionym miejscem, gdzie kupował kawę w Anglii postanowił stworzyć podobną placówkę w Białymstoku. Jak sam mówił, stawiają na jakość i niszowość produktów - kawę sprowadza jego znajomy z Włoch, a my możemy nabyć tam też niedostępne w Polsce napoje w butelkach i syropy. Ceny nie są wygórowane, ale dostępne mamy też różne promocje - kupony na dużą kawę za 5 zł (jest na prawdę DUŻA!) lub zbieranie pieczątek za każdorazowy zakup.




Take it away - Białystok, ul. Lipowa 25