3/05/2015

Limited edition

Z dżinsami jest trochę jak ze Spotify - im dłużej używasz, tym więcej nowości odkrywasz, poznajesz na nowo i jesteś zaskoczony. I chociaż porównywanie spodni do aplikacji służącej do słuchania muzyki może wydać się co najmniej śmieszne, zwracając uwagę na to, że non stop wykonuję wszystkie czynności życiowe, włącznie z poranną toaletą, gotowaniem obiadu i odrabianiem zadań z matematyki w rytm mojej spotify'owej playlisty, a w dżinsach spędziłam większość, odchodzącego w roczną (na szczęście!) niepamięć, sezonu zimowego, widać pewną analogię. Zdjęcia do tego posta zrobiłam ponad tydzień temu, a wczoraj, zapukawszy w okienko pobliskiego kiosku, poprosiłam panią o nowe wydanie polskiego ELLE, którego motywem przewodnim, jak się zdążyłam zorientować już po zerknięciu na okładkę, jest dżins właśnie. 

Nie znam chyba nikogo egzystującego bez wykorzystania denimu w codziennym życiu, jeśli nawet nie przepada za spodniami wykonanymi z trwałego materiału, zawsze znajdzie w szafie dżinsową kurtkę lub koszulę. Brigitte Bardot wybierała te obcisłe, o długości 7/8, Marilyn Monroe wyglądała najpiękniej w boyfriendach i białej, męskiej koszuli, aniołki Charliego lansowały natomiast dzwony. Jakieś dwa sezony temu odezwał się, jak to bywało zazwyczaj w przypadku dżinsów (wystarczy wspomnieć chociażby hippisów lub emancypujące kobiety) głos ulicy, a raczej jej styl. Trendem podchwyconym przez dziewczyny z Nowego Jorku, czy Londynu stały się porwane dżinsy. Początkowo małe dziury, przerodziły się w pokaźnych rozmiarów wycięcia, nawet przez długość całych spodni. Szybko zareagowały też sieciówki, proponując coraz to nowe wersje ripped jeans.
Kurt Cobain zmartwychwstał? A może to próba przemycenia odrobiny rockowego buntu do codziennego ubioru? Ja jestem za.

Wearing jeans is like using Spotify - the more you do it, the more you discover, while being constantly into it. In spite the fact that comparing music app to clothes is a bit incongreous, considering that I tend to complete all of my life activities, including morning bathroom routine, cooking a dinner and doing my maths homework listening to my Spotify playlist and that I've spent almost whole winter season in my comfy skinny jeans, there is obviously some analogy in it. I took the pictures for today's article a week ago and tommorrow went to the nearest newsstand to buy the newesst ELLE Poland issue. Do I need to mention how surprised I was when I found out that the leitmotif of the April's issie was jeans? Predicting the future, this is what it's called!

I propably don;t know anybody existing without denim. Maybe not specifically jeans, because even if they don't like wearing pants (are you serious people?!), you can always spot a denim shirt or jacket in their closets.  Brigitte Bardot liked them tight and in 7/8 lenght, Marilyn Monroe lookes sexy in boyfriend version with a man white shirt and the Charlie's angels prefered the bell-bottoms. About two seasons ago there was a loud voice of street style, almoust shouting 'we want them ripped!' All of the fashionistas in New York and London would destroy their perfect skinny jeans cutting the wholes in them and the shops reacted quite quickly, offering us a wide choice of ripped pants. Kurt Cobain is not dead? Or maybe we just want to feel a bit rebelious? Whatever it is, I'm always in. 




(ph. Flawless, wearing: vintage + DIY jeans, DeeZee shoes, Zara tshirt, Mango coat)

3/02/2015

Baby blue on a rooftop

Rzadko kiedy mam tak duży problem z wyborem zdjęć do posta. No cóż,równie rzadko zdarza mi się robić sesję na dachu. I jakby ktoś się zastanawiał - nie, nie wchodziłam po stromej drabince w tych szpilkach. Nadal cenię swoje życie i nie miałam zamiaru go stracić na ledwo trzymającej się, drewnianej drabince. 
Nie do końca okiełznane blond (ciemny) włosy, (za)wysoki głos, dziwne, świecące i kolorowe ubrania i wieczne zachwycanie się wszystkim w moim ulubionym kolorze baby blue to chyba już moje znaki rozpoznawcze. Nie pamiętam skąd mi się wzięło zafascynowanie tym odcieniem. Ale jak już przyszło, nie chce się odczepić drugi rok. Spódnicę ze zdjęć znalazłam jakoś przypadkiem w odmętach Internetu i muszę przyznać, że gdyby nie fakt, że jest odrobinę za szeroka, stałaby się moją ulubioną. Świetnie komponuje mi się ze sportowym obuwiem i crop topem, ale na tę sesję wybrałam bardziej elegancką wersję - klasyczne, czarne szpilki i granatową, połyskującą koszulę.

Rarely do I have such a problem with choosing the pictures for the article. This time I finally organised a photoshooting on a rooftop located in the middle of my little city's centre. And if anyone was concerned - no, I didn't climb the ladder in those shoes. I still value my life a bit. 
Wavy, (dark) blonde hair, (too) high-piched voice, eye-catching clothes and constant love for the baby blue shade are my hallmarks. I can't point a certain moment when I had developped such a liking for this specific colour but I still can't get over it. So when I spotted this midi skirt I decided it's high time to buy something in light blue for myself. Simply cannot wait till I'll wear it with my running shoes and a crop top, but for now I paired it with classical black high heels (keep your head, standards and heels high hehe) and a spakling deep blue shirt. 








(ph. Flawless, wearing: Sheinside skirt, Totem shoes, sh Topshop shirt)

2/23/2015

Postcards from Warsaw

Mam wrażenie, że uwielbiam czas, kiedy gdzieś jadę i robię tysiąc zdjęć na minutę, ale im więcej chwil od tych momentów uchwyconych na fotografiach mija, tym mniej je potrafię opisać. Po prostu siadam, oglądam, gdzieniegdzie podkręcam kolory i patrzę. Dziwię się tym ulotnym chwilom, uśmiecham się i myślę - pokazać Wam, czy nie? W końcu powinnam co niecoś dodać, wyklikać na tej klawiaturze, nie tylko tworzyć kolejną wspólnotę karmiącą się obrazkami w sieci? Siadam więc, stawiam kolejną kawę na biurko (już nawet nie przeszkadza mi, że jest niesłodzona) i stwierdzam, że zdjęcia potrafią mówić lepiej niż ja.

I feel as if I love the time when I'm taking billions of pictures, like on a trip, but then after a while I just look at them and I can't express myself, I just watch them all, edit a bit and feel that no words can be written on my keyboard. I make myself another coffee, I even don't notice the fact it is actually unsweetened (thank God) and start memorising the moments of the past. I know I'm the biggest fan of texts, I mean, literature gives us power, teaches us how to be humans, not just humaniods, I love to read, I love to write, I want my community, KARDISE community to be one focused not only at the pictures, just because it seems easier. But for now, I just want you to look at those snaps and try to see beauty in those little moments.


Na widok ściany oblepionej plakatami omal nie krzyknęłam "Jesteśmy w LondYYYYYYYniEEEEE!" (obsesja level master). Od razu skojarzyło mi się to z niepowtarzalnym klimatem Soho i tą całą otoczką, którą tak bardzo maltretuję oglądając filmy, gazety, czy czytając książki. No i te poprawiające humor napisy, paryskie kawiarenki, aż chce się uśmiechać :)

The wall full of posters reminded me of London and Soho and I almost cried I have to take a picture there. Vivid imagination, that's what it's called, right?




Zaszłam przy okazji w jedno miejsce, które chciałam odwiedzić od jakiegoś czasu. Charlotte Rouge podziwiam od dawna, ich delikatna, kobieca bielizna podbija serca fanek minimalizmu (i nie tylko!), a wyjątkowy klimat butiku, który swojego czasu pokazywała Kasia na blogu, skutecznie przyciągnął mnie na Al. Prymasa Tysiąclecia 48A. Planuję sprawić sobie jeden z tych koronkowych, ręcznie robionych biustonoszy, dobre bo polskie