7/25/2015

V&A Garden

Przez ostatnie tygodnie najczęściej powtarzającym się w moim życiu scenariuszem (oprócz dziwnie szczerzących się ciemnoskórych mężczyzn na widok moich blond włosów #WhiteGirlsProblems) była reakcja ludzi dookoła na wiadomość o moim wieku. Gdzie nie zajdę, z kim nie rozmawiam, jak tylko dowiadują się że mam jedynie siedemnastkę (PRAWIE 18, ej!) słucham jaka to jestem dojrzała na swój wiek. Nie wierzyłam, dopóki otwierając pierwszy raz od tygodnia komputer chciałam zacząć tekst od czegoś związanego z pracą, podatkiem, albo kontem bankowym.

Zdjęcia zrobiłyśmy z dziewczynami z Włoch, kiedy niemal siłą zaciągnęłam je do jednego z moich ulubionych muzeów w Londynie, Victoria & Albert. Wspominałam je bardzo miło sprzed dwóch lat, kiedy byłam tam razem z grupą na obozie, a w pamięci zapadł mi znajdujący się w środku ogródek z fontannami i czerwonymi kamienicami. Zrobienie sesji graniczyło z cudem, trochę przez ostre słońce, ale głównie ze względu na ilość turystów przewijających się w tle (milion ujęć z nieznajomymi twarzami na moim dysku twardym mówi samo za siebie).

Pozdrawiam i do usłyszenia! 



wearing: Pimkie shoes, Sheinside skirt, Sinsay sunglasses, sh top

7/18/2015

One month later

Today during my everyday run by Thames River (yeah, I love sightseeing like that, I mean, if you find such places while running then you cannot complain!) it dawned on me that exacly today, on 17th of July, it's a month since I arrived to London. Oh God, time flies! It's even hard to think that I actually feel at home here and, what's the worst thing about it all, because of my #LondonLifeAdventures a.k.a. School Of Life I'm not even a bit closer to the main goal of my moving here. Current Balance? Three jobs, four flats, hummous addiction and hundreds of miles walked on foot "coz Tube is too pricey". Oh, and yes, we have one zero as well. A Zero I'm not proud of at all. I haven't made any vlog form my stay yet, and I planned it for such a long time, seriously! Blame it on my lame so-called laptop I have here or the number of activities I want to (or need to) do. One day I'll tell you all the stories. Hope to talk to you very soon. XX

Dzisiaj podczas wieczornego biegania nad Tamizą (tak, uwielbiam zwiedzać okolicę w ten sposób, w szczególności kiedy odkrywam takie widoki pod nosem) uświadomiłam sobie, że jest już 17 lipca. Co, wykonując prosty rachunek obliczalny w sposób bezstresowy nawet przeze mnie, daje nam równy miesiąc odkąd przyjechałam do Londynu. Aż strach pomyśleć, jak szybko płynie czas, a co najgorsze - z moimi przejściami nie jestem ani trochę bliżej faktycznego celu wyjazdu. Bilans? Trzy prace, cztery mieszkania, uzależnienie od hummusu i niezliczone mile przebyte pieszo "bo metro drogie". Aha, i jest jeszcze jedno zero. Okrągłe, irytujące, powodujące poczucie winy - nie zmontowałam ani jednego vloga, chociaż nagrałam trochę fajnego materiału. Wińcie mój tymczasowy komputer i jego dziwne humory, gorsze niż londyńskie lato (a tak serio to tylko miało tak poetycko zabrzmieć - na pogodę nie mogę narzekać, nie żeby coś, ale pada mnie niż u nas). Planuję się poprawić. I opowiedzieć Wam wszystko. Kiedyś, na pewno. Kiedy? Nie mam pojęcia. Doba jest za krótka.

7/12/2015

Portobello livin'

Portobello is my favourite place in London ever. I mean, I love London's architecture everywhere, those detached houses, cute gardens with palms and pink flowers, but whenever I am in Portobello (which is mainly everyday because I work there) I just can't stop smiling. Magnolia trees, calm atmosphere and colourful buildings are enough for me to feel elated, seriously. That day we shot the pictures just after a stressful day at work, but anyways, it was quite hot so I just put on some shorts and sleeveless tee on and went for a walk with my friends. And yes, New Balance shoes always on the point! 
PS. Couldn't decide which pictures to choose so I just put too many #sorryimnotsorry




(wearing: sh shorts & tshirt, NB shoes, Mohito sunglasses)

7/09/2015

Slow fashion & changing the way we think about some basic things

Korzystając z faktu, że w pierwszym tygodniu mojego pobytu za granicą musiałam dojeżdżać spory kawałek do centrum Londynu, miałam okazję całkiem szybko przeczytać zakupioną dosłownie przed samym wyjazdem książkę, którą ekscytowałam się już od kilku miesięcy. Trzeba Wam wiedzieć, że śledzę dużo blogów, dużo z nich znam, podziwiam za różne aspekty działalności internetowej - a to za wytrwałość, jakoś, teksty, estetykę, dbałość o detale czy obróbkę fotografii. Mam jednak swoją prywatną listę ulubieńców, którą rzadko się dzielę ze światem, blogi, do których z różnych przyczyn mam sentyment i nie ważne do końca, co zostanie na nich opublikowane, ja zawsze reaguję ekscytacją i pozytywnym szczękościskiem. Asia jest jedną z tych osób, które, nie mam pojęcia jak to robią, ale nawet jeśli piszą o pogodzie, jedzeniu naleśników rano albo kupowania chusty na targu w Maroku, tekst nie wydaje się wymuszony, a każdy kolejny, chociaż może prosty, to użyteczny i prawdziwy. Od dłuższego czasu Joanna Glogaza, znana w sieci jako Styledigger, publikowała treści związane ze zmianami w naszych garderobach, a raczej z pozbywaniem się zalegających nam przedmiotów i zwracaniu uwagi na jakość.

Od razu napomknę, że nie jestem w tym temacie specjalistką, ale publikacja książki złożyła się idealnie w etapem w którym się obecnie znajdowałam - od kilku miesięcy nie byłam na zakupach, ba, w galerii nie kupiłam nic od pół roku i jakoś nawet tego nie odczułam, we własnej szafie zaczęłam się dusić, bo może i nie jest tak ogromna jak ta Carrie Bradshaw, to mimo wszystko pełno w niej rzeczy których nie noszę i wiszą tam tylko z przypadku, więc powoli zaczęłam się ich pozbywać i, na dodatek, właśnie pakowałam się na dwuipółmiesięczną przeprowadzkę do Londynu, gdzie, siłą rzeczy wiele zabrać nie mogłam, nawet w sporą walizkę i bagaż podręczny (od razu pozdrawiam panią na lotnisku która, po wcześniejszym wypakowaniu trzech kg z bagażu głównego przepuściła mnie z jakimiś dziesięcioma kilogramami nadbagażu w podręcznej torbie, której nie zważyłam razem z mniejszą walizką). I tak też, dzień przed odlotem, dzień przed premierą, po wcześniejszej wymianie maili z obsługa klienta Empiku, "Modowa rewolucja" zawitała do mnie wcześniej niż zakładałam, a ja, przebywając codziennie w pociągach tak nowych i czystych, że PKP może o takich pomarzyć, i tak drogich, jak nikomu w Polsce by się nie śniło w najgorszych koszmarach - pochłonęłam lekturę w zastraszającym tempie.

Jeżeli ktokolwiek z Was zna Asię, wie, jakim językiem lubi się posługiwać, jakie przykłady przytacza, będzie zadowolony z książki. To takie trochę przedłużenie bloga, tylko na papierze i o bardziej skonkretyzowanej tematyce. Czyta się ją bardzo szybko, nie jest ciężka, więc nadaje się na wakacyjny relaks, a przy okazji nie ma się wrażenia że ma się przed sobą tysięczny poradnik (za którymi nie przepadam). W pewnym momencie jednak poczułam się odrobinę znudzona, chociaż temat jest szalenie ciekawy, to jeśli powstałoby sto stron więcej, wolałabym chyba wrócić na bloga i poczytać o psie autorki, niż ubraniach. Tak więc zawartość została odpowiednio wymierzona - znalazły się rozdziały o większości najważniejszych aspektów związanych z tworzeniem garderoby pasującej do naszej osobowości lub stylu życia, zasadach kupowania, sposobach przechowywania i konserwacji, materiałach , ale smaczku dodało kilka wywiadów i zdjęć niczym z tumblr'owej tablicy.

Blogerki książki piszą, jako nagłówek taniego artykułu na jakimkolwiek portalu plotkarskim to mimo wszystko prawdziwie rzucająca się w oczy sytuacja. W przeciągu ostatniego roku tyle osób tworzących treści normalnie zza szklanego ekranu przeniosło swoje myśli na papier, że nikt już chyba nie śmie kwestionować siły Internetu. Cieszę się z tego niezmiernie, ale jednocześnie zawsze towarzyszy mi nutka irytacji, kiedy przekonuję się o słabej jakości stworzonych w tych lekturach treści albo o powtarzalności tematyki, która z czasem też męczy. Myślę jednak, że akurat Joanna jest jedną z najbardziej rzeczowo podchodzących do blogowania osób, które śledzę, a z treścią trafiła w sedno - chociaż nie interesowałam się wcześniej tego typu książkami wiem, że są trochę bardziej złożone, przeznaczone dla osób zaangażowanych w samo slow fashion. Tu natomiast każdy zwykły człowiek, który siłą rzeczy zmuszony jest codziennie rano się w coś ubrać, znajdzie przydatne dla siebie wskazówki i prawdopodobnie będzie miał podstawę, by zacząć szukać głębiej w kwestii racjonalnego podejścia do tworzenia szafy. Co bardzo mi się spodobało, już na pierwszej stronie zostały wspomniane początki blogowej działalności (zapewne mniej więcej czasy mojej podstawówki, ale jednak!) Styledigger i identyczny etap, prze który przeszła, czyli ubrania słabej jakości, chęć noszenia niewygodnych dziwactw "na raz" na potrzeby zdjęć, wreszcie wszechobecna chińszczyzna i irytacja. Jakbym czytała o sobie, naprawdę!

Slow fashion to temat, o którym chciałabym wspominać tutaj częściej. Co do książki - nawet jeśli moda wydaje Wam się czymś zbędnym, myślę, że z ciekawością odkryjecie jak wiele zwykłych spraw Joanna porusza w sposób zarówno lekki, jak i pouczający. Co tu dużo mówić, warto!


"Slow fashion. Modowa Rewolucja" autorstwa Joanny Glogazy, Styledigger
Obok moje standardowe śniadanie a.k.a. uzależnienie od owsianki